piątek, 18 maja, 2012
Reklama

Felietony

Dodaj do:

nasza-klasa.pl    Digg    twitter    Facebook    Wykop    Gwar

Jazzowe sploty losu

Ocena użytkowników: / 1
SłabyŚwietny 

Jazzowe sploty losu


LEE KONITZ & DAN TEPFER DUOZacznę dziś traumatycznie. Wychowałem się na zapleczu sklepu muzycznego. Oczywiście nie do końca tylko tam, ale właśnie to miejsce było jednym z moich pierwszych placów zabaw. Zabawki miałem duże, okrągłe, czarne i z winylu. Pamiętam do dziś ich okładki. Jedną w szczególności. Twarz czarnoskórego muzyka (wtedy nazywanego murzynem, dziś to dość śliskie stwierdzenie) z dziwną białą brodą. Jeszcze przez wiele lat jako dziecko myślałem, że każdy Afrykanin ma taką, tak, jak koguty mają czerwone grzebienie. Kiedy wyrosłem biała broda okazała się farbowana, muzyk Albertem Aylerem, a jedynie koguty pozostały z czerwonymi grzebieniami. Miejsce, w którym przeżywałem moje winylowe pasje był sklep PSJ (Polskiego Stowarzyszenia Jazzowego), przy ulicy Śródmiejskiej. Tam po raz pierwszy usłyszałem Jazz. To bardzo dziwnie, jak ten typ muzyki po długim czasie powrócił do mojego życia. Niczym podprogowa informacja wdrukowana w mój mozg, w czasie dzieciństwa otworzyła się i rozlała dźwiękami na hasło „dojrzałość wieku średniego”. Muszę na swoją obronę dodać, że nie jest to nobliwa odmiana jazzu wypełniająca restauracje z fortepianem, gdzie przy stolikach z lampkami Pan z Panią słuchają aksamitnego głosu pięknej Gwiazdy. Mój Jazz to niefrasobliwy i nieuczesany, głośny, absolutnie nieprzyjazny dla uszu, zarośnięty brzydal w brudnym swetrze - jednym słowem Jazz Improwizowany. 

Jaka jest przyczyna tych wewnętrznych wyznań i psychoterapeutycznych wynurzeń?. Właśnie zakończony Festiwal Pianistów Jazzowych w Kaliszu i zawsze mi szczodry zbieg okoliczności.

Jak to się przyjęło los pętli nasze życia i wkłada nam do kieszeni puenty. Tym razem pętla zaczyna się od wspomnianego Alberta Aylera i biegnie przez uświetniającego tegoroczny festiwal Lee Konitz’a, a kończy się na ich wspólnym sidemen’ie Henrym Grimesie.

Obaj, Lee i Henry wspólnie występowali na scenie Nowojorskiej w latach 50tych i obaj grali na dużych płytach ówczesnych tuzów jazzu. Grimes jednak w końcu lat sześćdziesiątych przeniósł się z Nowego Jorku na zachodnie wybrzeże. Słońce San Francisco nie służyło jednak jego instrumentowi, podróżującemu na dachu samochodu pustynną drogą pomiędzy Fresco i L.A.. Traf chciał, że Henry nie chcąc wystąpić wspólnie z muzykami swojego zespołu do Kościoła Scientologicznego, zmuszony był zastawić swój kontrabas, nie mając wystarczających funduszy na jego naprawę, a osamotniony w obcym mieście podjął się pracy sprzątacza i budowlańca. Wielu myślało ze zmarł, a on sam odłożył muzyczne aspiracje i zamilkł na trzy dekady.

Inny współpracownik Lee i Henrego, przez przypadkową informację w magazynie muzycznym, odnalazł Grimesa  w 2002. Był to także basista, William Parker i to jego kontrabas przesłany muzykowi, mieszkającemu w małym pokoiku motelowym był impulsem na tyle mocnym żeby rozpalić jazzową pasje na nowo. Dzięki temu splotowi przypadków nadal możemy słuchać na żywo ponadczasowych linii basu czarnoskórej legendy i jego szalonej gry na skrzypcach.

Zaledwie tydzień temu wybrałem się aby „przeżyć to na własne uszy”. Henry Grimes zawitał nad Tamizę, w ramach London Jazz Festiwal. Nie zagrał jednak w wypełnionej po brzegi hali koncertowej. Zagrał w malutkim, kameralnym, ale bardzo sławnym TheVortex, Mekce Jazzu na Wyspach. I tu po raz kolejny przyszedł mi z pomocą splot losu, a mianowicie stojąc pod koncertem i dopalając papierosa zostałem zaskoczony przez niskiego staruszka, który zapytał mnie, czy nie mam przy sobie bibułek do tytoniu. Obdarowany nimi, skręcił papierosa zaciągnął się dwa razy, uśmiechnął i wszedł powoli na salę. A ja stałem dalej osłupiały, gdyż był to właśnie zaginiony/odnaleziony Henry Grimes, czarnoskóra legenda z siwą brodą. Tak, białą jak ta Aylera z okładki z przed lat…


Dawid Laskowski

List 1. War of the Worlds made in Poland

List 2. O książkach na czasie


Miedzynarodowym Festiwalu Pianistów Jazzowych

Dodaj do:

nasza-klasa.pl    Digg    twitter    Facebook    Wykop    Gwar
   

Odcinek 1. Tajemnica Stradivariusa

Ocena użytkowników: / 3
SłabyŚwietny 

Tajemnica Stradivariusa


Antonio StradivariCzy tajemnica Stradivariusa rzeczywiście istnieje? Instrumenty tego mistrza otoczone są swoistą legendą, a ceny aukcyjne poszczególnych egzemplarzy sięgają kilku milionów dolarów. Marzeniem niemal każdego muzyka – skrzypka, altowiolisty czy wiolonczelisty jest posiadanie (co w praktyce jest niemożliwe) lub choćby możliwość zagrania na instrumencie mistrza z Cremony. Skąd bierze się niezwykłość egzemplarzy, które wyszły spod dłuta Stradivariusa? Czy atmosfera  magii otaczająca jego instrumenty jest oparta na realnych przesłankach?

Z pewnością instrumenty Stradivariusa zachwycają niezwykle wysokim poziomem rzemiosła lutniczego, w większości przypadków także znakomitym doborem użytego drewna. Płyta wierzchnia zbudowana jest ze świerka, a boki i płyta spodnia oraz główka z jaworu (często jaworu falistego o pięknym rysunku drewna), rzadziej z topoli lub gruszy. Stradivarius wyznaczył ostateczny kształt instrumentów smyczkowych, który kolejne pokolenia uznały za idealny i większość lutników stosowała w późniejszych czasach wynalezione przez Stradivariusa proporcje skrzypiec i wiolonczel. Wydaje się, że znakomite brzmienie instrumentów Stradivariego bierze się z niezwykłej intuicji doboru elementów konstrukcji instrumentu: jego kształtu, kształtu wypukłości płyt rezonansowych oraz ich grubości i doboru lakieru. 

Niewątpliwie największą, sensacyjną sławą cieszy się legenda o „cudownym lakierze”, któremu należałoby zawdzięczać wyjątkowe walory brzmieniowe instrumentów Stradivariusa. Jednakże badania (m.in. sławnego badacza i lutnika włoskiego Simone Fernando Sacconiego) dowodzą, że receptura lakieru stosowanego przez mistrza nie była okryta tajemnicą. W czasach Stradivariego jego wyrabianie pozostawiano często drogerzystom - aptekarzom, gdyż lutnicy nie mieli czasu ani warunków aby przeprowadzać procesy towarzyszące konstruowaniu i mieszaniu lakierów. Generalnie z resztą były to metody zbliżone do tych stosowanych w konserwacji drewna od czasów Renesansu przez włoskich malarzy i rzeźbiarzy. Stradivari, o ile sam robił swój lakier, bo tego nie wiemy na pewno, z pewnością umiał go znakomicie, w jedyny i wyjątkowy sposób, nakładać. Słynny złoty podkład i kasztanowe odcienie lakieru są rzeczywiście niezwykle piękne. Lakier ten nadaje instrumentom cudowny wygląd i jednocześnie nie tłumi wibracji, dzięki którym brzmienie jego instrumentów jest nośne i piękne. Coś z legendy o lakierze jednak jest prawdą. Stradivari stosował preparację drewna przed jego lakierowaniem, przez co lakier nie wsiąkał w drewno i poprzez to nie tłumił jego drgań. To tłumaczy fakt, iż wiele z instrumentów mistrza, które ucierpiały z rozmaitych powodów i nie ma na nich grama oryginalnego lakieru (często zostały w późniejszych czasach mocno podretuszowane) brzmią nie gorzej od egzemplarzy posiadających oryginalny lakier. Preparacja bowiem integralnie połączyła się z drewnem i odseparowała materiał wytwarzający drgania od warstwy lakieru wierzchniego, który nie jest w stanie jej zaszkodzić, nawet po nieudolnym przemalowaniu. Technika ta została w późniejszych latach zupełnie zapomniana, a jej ponowne odkrycie, po skomplikowanych badaniach chemicznych w laboratoriach firmy „Kodak” zawdzięczamy właśnie Simone Sacconiemu. Tyle o „tajemnicy cudownego” lakieru.

Antonio Stradivari i Adam KlocekStradivarius żył 92 lata, był niezwykle płodnym twórcą. Według rozmaitych obliczeń szacuje się, że wykonał około tysiąca, a według niektórych nawet niemal dwa tysiące instrumentów. Do dziś zachowało się kilkaset skrzypiec, około 50 wiolonczel i kilkanaście altówek. Należy  uczciwie powiedzieć, iż w tej ogromniej liczbie są zachowane instrumenty, które wcale nie brzmią absolutnie rewelacyjnie. Są to naturalnie instrumenty wysokiej klasy ale nie z najwyższej półki, jeśli chodzi o brzmienie. Złoty okres włoskiego lutnictwa, trwający od połowy XVII do połowy XVIII wieku to oczywiście „król” Stradivari ale także wielu „książąt”, których instrumenty, choć może nie zawsze tak precyzyjnie wykonane, brzmią znakomicie, często nie ustępując brzmieniem instrumentom samego Mistrza. Cudowne skrzypce nauczyciela Stradivariego, Niccolo Amatiego, urzekają swym wyrafinowanym pięknem. Znakomite, pięknie brzmiące instrumenty jego poprzedników: Da Salo, Amatich, Magginiego oraz kolegów: rodziny Guarneri (Andrei, Pietro, Giuseppe, Pietro II), Ruggierich, Rogeriego, Montagnany, rodziny Gagliano, Goffrilera, Santo Seraphina, Tecchlera i wielu innych, są bardzo cenione za swoje walory estetyczne i dźwiękowe. Nawet brzydkie i byle jak wykonane instrumenty mediolańskich lutników Testore i Grancino, swój mało wdzięczny wygląd nadrabiają fantastycznym, wielkim tonem.

Warto wspomnieć na koniec o wielkich konkurentach Stradivariusa. To Giuseppe Guarneri zwany „del Gesu”, którego niezwykle brzmiące skrzypce osiągają obecnie zawrotne ceny, przewyższające często ceny Stradivariusów; wielki mistrz, przeciwieństwo Stradivariego, rozwichrzony, nieposkromiony indywidualista ale geniusz. To także Carlo Bergonzi, tajemnicza postać, lutnik który pozostawił nam mało swych dzieł, ale ich jakość nie ustępuje brzmieniowo najlepszym „Stradivariusom” i „Guareneriusom”.

Cieszymy się bardzo, że w ostatnim czasie, w kaliskiej filharmonii mogliśmy podziwiać artystów, którzy przywieźli nam prawdziwe skarby twórczości Stradivariusa, egzemplarze cenione bardzo wysoko w jego dorobku. Sayaka Shoji zagrała na słynnym egzemplarzu zwanym „Joachim” z roku 1715, a Pierre Amoyal na egzemplarzu z roku 1717 należącym niegdyś do polskiego wirtuoza Pawła Kochańskiego. Były to niezwykłe muzyczne przeżycia, dźwięk instrumentów mistrza z Cremony wydawał się być zaiste magiczny.

Adam Klocek



przydatne linki:
Antonio Stradivari w Wikipedii

http://www.filharmoniakaliska.pl/
http://pl.wikipedia.org/wiki/Filharmonia_Kaliska

Dodaj do:

nasza-klasa.pl    Digg    twitter    Facebook    Wykop    Gwar
   

Mosty w Kaliszu

Ocena użytkowników: / 4
SłabyŚwietny 

Mosty w Kaliszu

 

Mosty w Kaliszu, Władysław KościelniakMiasto Kalisz z Zawodzia przeniesiono w miejsce, w którym rzeka Prosna rozdzielała się na kilka odnóg. Do obwarowanego murami miasta prowadziło wtedy pięć drewnianych mostów. Z upływem lat miasto się rozbudowywało, poszerzało, co wiązało się z budową coraz to nowych mostów. A że wszystkie były drewniane to często ulegały  zniszczeniom. Dopiero w roku 1825 wybudowano most z kamienia, który w pierwotnym stanie dotrwał do dnia dzisiejszego. Przez ten 185 letni most przejeżdżają dziennie setki samochodów, a on mimo swego sędziwego wieku ciągle służy mieszkańcom Kalisza.

 

Dzisiaj mamy mostów znacznie więcej.  Szacuje się, że jest ich ponad trzydzieści. Ciągle przybywają nowe, choć i stare mosty też są likwidowane.

 

Tak więc mamy Most Kamienny, wybudowany w roku 1825, za cara rosyjskiego Aleksandra. Oprócz niego, na głównym korycie Prosny mamy dwa mosty, w Piwonicach kolejowy i drogowy, Most św. Wojciecha jak dotąd najdłuższy w Kaliszu, Most Teatralny, Trybunalski oraz most na ul. Chopina, ul. Alei Wojska Polskiego, a także most dla pieszych na ul. Szewskiej. Ostatnim mostem nad głównym nurtem Prosny jest most na ul. Piłsudskiego. Przez kanał Rypinkowski możemy przejść następującymi mostami: Reformackim, Bankowym i Rypinkowskim oraz mostem dla pieszych na śluzie wodnej koło KTW. Dużo mostów jest na Kanale Bernardyńskim. Mamy tam dwa mosty piesze: jeden to most na stadion kolarski, drugi to Most Czerwony w Alei Walecznych. Ponadto są cztery mosty drogowe, a więc mamy most Warszawski, Bernardyński, most na ul Alei Wojska Polskiego i ul Piłsudskiego. Ostatnią grupę mostów stanowią mosty drogowe i piesze na Swędrni. Są tu most Tyniecki, most na ul. Rajskowskiej i nowy most Bursztynowy. Do mostów dla pieszych należą mosty na ul. Łęgowej, Pontonowej oraz ul. Sportowej. Ponadto mamy przepust na ul. Poznańskiej i dwa mostki w Parku Miejskim. Jest tych mostów i mostków tyle, że trudno je zliczyć i wymienić.

 

W czasie okupacji hitlerowskiej zasypano jedno z koryt Prosny. Zasypane koryto to obecne Planty. Likwidując rzekę, zburzono cztery mosty. Pierwszy na ul. Wodnej, drugi łączący ulicę Złotą i ulicę Nową, trzeci na ul. Kanonickiej oraz czwarty, piękny żelazny most, który łączył ulicę Warszawską z Placem Konstytucji. Ponadto zlikwidowano mosty w parku.

 

Władysław Kościelniak

Dodaj do:

nasza-klasa.pl    Digg    twitter    Facebook    Wykop    Gwar
   

O książkach na czasie

Ocena użytkowników: / 1
SłabyŚwietny 

O książkach na czasie


ksiegarniaZostańmy może przy Wellsowskim klimacie. Tym razem jednak posłużę się innym wynalazkiem literackim mistrza z Bromley, a mianowicie wehikułem czasu. Z tą jednak różnicą, że nasz pojazd przenosi podróżników zarówno w czasie jak i w przestrzeni. 
Na początek cofnijmy się w przeszłość.

Późny Jaruzelski, może 1986. Zegar, odpowiednio do otoczenia, popsuł się i nie wskazuje dokładnej daty. Zima. Świt. Miejsce: Kalisz, ulica Górnośląska. Księgarnia pomiędzy sklepem Polo, a ulicą Staszica. Tłumek czekających na taksówkę przygląda się kolejce zmarzniętych ludzi. Jeszcze nie otwarto sklepu, a już ciąg postaci wypełnia chodnik. Podskakują miarowo na mrozie. Wszyscy wpatrzeni w wystawę sklepu. Wczoraj w nocy przywieźli dostawę: książki.

Reglamentacja papieru, problem dystrybucyjne, planowa i nieprzewidywalna polityka wydawnicza. To zapomniane już echa przeszłości. Książki były rzadkim rarytasem, trzeba było na nie wręcz polować. Wiele tytułów nigdy nie pojawiało się, nie przez cenzurę, a dlatego, że (niewyobrażalne!) popyt przeważał nad podażą. Wygłodniali czytelnicy oblegali księgarnie, pieniądze nie grały roli (swoją drogą były rzeczywiście bezużyteczne), kiedy można było znaleźć upragniony tytuł. Co się czytało? Zole, Gogola, Tołstoja, Chandlera, Lema… Jak wyglądały książki? Koszmarny papier i ponure okładki, żadnych filmowych adaptacji, krzykliwych opisów czy promocyjnych dodatków. Sprzedawały się na pniu.

Po godzinie sprzedaży kolejka rozchodzi się do domów, nakład wyczerpany, spóźnialskim pozostawiając dzieła Lenina, bądź Jurka Putramenta. 

Wskakuje do maszyny czasu, kierunek teraźniejszość. Miejsce: Londyn, Charing Cross Road, schyłkowy Gordon Brown.
Znana na całym świecie ulica słynna z antykwariatów i księgarni skurczyła się niepomiernie w przeciągu ostatnich lat. Miejsc wypełnionych po sufit woluminami pozostało już niewiele. Zajrzyjmy do środka. Ciemne wnętrze i nieprzyjazne spojrzenie siwego sprzedawcy. Od samego początku jedno jest pewne: tutaj nie wiedzą, co to jest sprzedaż impulsowa bądź łączona. Do zakurzonego tomiszcza nie dodają zestawu gumowych kaczuszek, nie zaproponują ulotki o tanich wakacjach na Majorce i nie przedstawią perspektywy zakupu zestawu hi fi na raty.

Półki z książkami sięgają sufitu, tutaj można znaleźć wszystko. Od wczesnej XIX wiecznej rozprawy na temat wędkarstwa, przez kulinaria epoki wiktoriańskiej i absolutnie niepoprawne politycznie XVIII wieczne  satyry dotyczące bawełny rosnącej na głowach murzynów, aż po gorące traktaty, dotyczące pochodzenia człowieka. Jedyne, czego się tu nie znajdzie, to biografie celebrytow bądź hard porno, bo jeśli mówimy o roznegliżowanych zdjęcia z początku XX wieku, które pasjonowały ówczesnych edwardiańskich dżentelmenów…

Za oknem tętni życie wielkiego miasta, popularne butiki proponują nową, nowszą i najnowszą modę, gwiazdy zachwalają linie tego, czy innego kroju bielizny. We wnętrzu antykwariatu czas zatrzymał się jak nasz wehikuł. Tutaj czai się duch przeszłości, świat pasji księgarskiej, wiedzy i poczucia humoru z klasą. Ten niknący we współczesnym  - wysokoproduktywnym świecie nastrój można poczuć przy, o  zgrozo!, sączącej się z gramofonu muzyce klasycznej. Tak, tej samej, jaką pobliska stacja metra puszcza w czasie szczytu aby odstraszyć młodych wagarowiczów od przesiadywania na peronie. 

Czas na ostatnią podróż, kierunek przyszłość, cel: nadzieja.

Mikrochip pod powieką przesyła dane o nadejściu nowej wiadomości. Siatkówka oka wyświetla wielobarwną paletę nowego systemu operacyjnego WinApple 7000. Wiadomość to zaświadczenie o zakupie i potwierdzenie transakcji na GlobalAmazon.com, nowa powieść Dale’a Green’a, ostatni absolutnie cool - owy bestseller. Automatycznie odczytujące nastroje programy skanujące mózg, podjęły decyzję i samodzielnie dokonały zakupu. Właśnie rozpakowują plik z gorącą nową powieścią światowej sławy pisarza/ki. Dostępne opcje to odczytanie tekstu w aparacie słuchowym głosem Davida Beckhama Jr, bądź ostatni przebój: Ekranizacja Instant . Kilkumilionowo-rdzeniowy procesor w ciągu sekundy za pomocą Adobe CS100 przetwarza tekst na komputerowo wygenerowany świat filmu. Po rozwinięciu wersji shareware do opcji full można samemu zdecydować, czy główny bohater będzie miał ciało Mariusza Pudzianowskiego z twarzą Hugh Granta, czy w opcji dla twardzieli: ciało Hugh Granta z twarzą Mariusza Pudzianowskiego. Wszystko to oczywiście można poddać procesowi kompresji i w ten sposób  dostać streszczenie e - booka w jednym zdaniu. Wszystko w promocji.

Rzucam się pędem w stronę maszyny czasu.

Dawid Laskowski

List 1. War of the Worlds made in Poland

Dodaj do:

nasza-klasa.pl    Digg    twitter    Facebook    Wykop    Gwar
   

Strona 46 z 47

Konkursy

  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10

Czytelnicy piszą

  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Reklama

Dziewczyny Pd. Wielkopolski

Galerie

Reklama

Kalendarium

18/5/1908 - Zostało założone w Kaliszu Polskie Stowarzyszenie Równouprawnienia Kobiet

18/5/1899 - Urodził się w Kaliszu Witold Jarnutowski, działacz sportowy założyciel klubu „Prosna Kalisz”; współzałożyciel Stowarzyszenia Wychowanków Gimnazjum i Liceum im. Adama Asnyka w Kaliszu

18/5/1877 - Usankcjonowano w Kaliszu działalność Ochotniczej Straży Pożarnej

18/5/1829 - Urodził się w Bralinie Jan Dirbach mł., poeta, pedagog

18/5/1592 - Król Zygmunt III Waza powtórzył i potwierdził artykuły cechu piwowarów kaliskich

Zobacz wszystkie wydarzenia.
Naszą witrynę przegląda teraz 111 gości