piątek, 18 maja, 2012
Reklama

Zdrada

Ocena użytkowników: / 0
SłabyŚwietny 

zdradaZDRADA

Utwór "Zdrada" ukazał się w tomie opowiadań zatytułowanym "Lśnienie nad głębiną", który ukazał się w 2003 roku.

Był początek maja, drzewa zieleniły się już śmiało świeżymi liśćmi, wiosenne słońce oślepiało oczy. Przedpołudniowe powietrze, jeszcze chłodne po nocy, orzeźwiało przyjemnie, wietrzyk delikatnie muskał twarz. Jechałem autobusem z dworca Austerlitz na plac Trocadéro, aby obejrzeć złociste rzeźby stojące przed pałacem Chaillot. Chciałem sfotografować niektóre z nich z myślą o albumie, nad którym od kilku miesięcy pracowałem i którego, z powodu lenistwa, nie mogłem dokończyć. Terminy popędzały mnie coraz bardziej, a ja miałem wciąż za mało nadających się do publikacji zdjęć.


Na drugim przystanku do autobusu wsiadła interesująca dziewczyna i stanęła kilka kroków ode mnie. Miała ciemne oczy, połyskujące spod długich rzęs diamentowymi punkcikami, leciutko łukowaty nos, szczupły podbródek z niewielką podłużną blizną - prawdopodobnie pamiątką po porodzie. Rybie, zagięte kącikami ku dołowi wargi przypominały przewrócony soczysty półksiężyc. Kasztanowe kręcone włosy, opadające na obnażone krągłe ramiona, harmonizowały miło z ciemną karnacją, typową dla kobiet z Południa. Zapewne była Włoszką albo Hiszpanką, bo w cienistym rowku między piersiami drżał niewielki złoty krzyżyk. Wyrywające się ku słońcu ciało prężyło się pod długą prostą sukienką w kwiatki, jakie kupowało się wówczas w sklepach z hinduską konfekcją. W ręku trzymała podręcznik akademicki, wszystko więc wskazywało na to, że jest studentką jednej z licznych paryskich uczelni. Od razu spostrzegła, że się jej przyglądam. Zmierzyła mnie lekceważącym wzrokiem i gniewnym rumieńcem okazała niezadowolenie. Rozśmieszył mnie ten zakaz i ani mi było w głowie, aby się doń zastosować. Zauważyła moją reakcję i dla odmiany wciągnęła na twarz maskę ostentacyjnej pogardy. Wciąż nic sobie z tego nie robiłem, a moje oczy śmiało syciły się jej urodą, może trochę przerysowaną, zbyt głośną, ale zachwycającą już choćby z powodu młodości dziewczyny. Poza tym w jej buzi, a zwłaszcza oczach, było coś wyjątkowego, wyróżniającego ją spośród setek ładnych twarzy, które w Paryżu spotyka się niemal na każdym kroku. Nic zatem dziwnego, że wypatrzywszy w tłumie kobiet dziewczynę niebanalną, kuszącą nie tylko zewnętrznym czarem, ale i tym tajemniczym czymś, kryjącym się w jej wnętrzu, natychmiast skierowałem na nią uwagę i nie zamierzałem się wcale kryć ze swym zainteresowaniem.

Dziewczynę szybko zmęczyło odgrywane przez nią teatralne oburzenie, bo przed Termami zaczęło ono nagle znikać z jej oblicza, a gdy autobus przeciął bulwar Saint--Michel, ulotniło się ostatecznie, ustępując zimnej obojętności. Zaczęła dawać do zrozumienia, że moja lustracja w ogóle jej nie interesuje, że skoro już tak bardzo tego chcę, mogę się na nią gapić. Wytrwale wpatrywała się w szybę, za którą przesuwały się zatłoczone ulice, trąbiące samochody, stylowe domy, zielone drzewa, pędzący przechodnie i znów samochody, znów domy, zielone drzewa, kolorowe reklamy, zatłoczone ulice. Tymczasem ja ani na chwilę nie odrywałem od niej oczu. Po wyrazie jej twarzy zorientowałem się bez trudu, że cały czas czuje na sobie moje spojrzenie i chyba sama już dobrze nie wie, czy ma się dalej gniewać, czy też łaskawie zezwolić na tę bezczelną adorację. Autobus przyhamował nagle, a wszyscy stojący pasażerowie kiwnęli się gwałtownie do przodu i z powrotem w tył. Jakiś starszy pan upadł i teraz z trudem gramolił się z podłogi. Natychmiast w stronę kierowcy poleciały okrzyki z pretensjami. Korzystając z chwili zamieszania, dziewczyna błyskawicznie skosiła mnie wzrokiem, licząc na to, że błahy, acz niespodziewany incydent odciągnie choć na moment moją uwagę. Pomyliła się; moje spojrzenie ciągle tkwiło na niej, ku jej zaskoczeniu więc nasze oczy na ułamek sekundy się spotkały. Uśmiechnąłem się przyjaźnie, a ona, całkiem speszona, spuściła szybko powieki i odwróciła głowę. Przez jakiś czas wpatrywała się w okno, w miejscu, gdzie na szkle powinno się rysować jej niewyraźne odbicie. Nie wiem, o czym myślała, ale wkrótce potem, akurat gdy po prawej stronie wynurzyła się bryła kościoła Saint-Germain, kącikach jej ust pojawił się delikatny, ledwie dostrzegalny uśmieszek. Przez kilka sekund z całych sił próbowała z nim jeszcze walczyć: przygryzła dolną wargę, oparła czoło o szybę i trwała tak bez ruchu, mocując się sama ze sobą. Nie wytrzymała jednak długo i w końcu uśmiech rozlał się swobodnie po szerokich ustach, połyskujących w słońcu od bezbarwnej szminki. Wtedy opuściła głowę i pokręciła nią niedowierzająco, jakby mówiła sama do siebie coś w rodzaju: „Jak on to zrobił?", albo: „Nie powinnaś ustąpić!", a może: „Co ty wyczyniasz, głupia!"

To pierwsze ustępstwo nie oznaczało jednak końcowego tryumfu. Ponieważ ja już obejrzałem ją sobie dokładnie, a nawet odsłoniłem w wyobraźni to, co skrywało się pod skromną kwiecistą sukienką, postanowiłem, że nadszedł czas, by teraz dziewczynie dać szansę nieskrępowanego przyjrzenia się jej adoratorowi. Uchodziłem za przystojnego chłopca, zatem nie lękałem się tych oględzin, chociaż z gustami bywa różnie. Właśnie trafiała się okazja zaaranżowania sprawy w odpowiedni sposób, bo autobus zatrzymał się na przystanku przed mostem Aleksandra i od strony rozwartych drzwi usłyszałem wołanie:
- Monsieur, si'l vous plait! Monsieur!
Staruszka w drucianych okularach i różowej garsonce, trzymająca w garści uchwyt torby na kółkach, kiwała na mnie ręką w koronkowej rękawiczce. Natychmiast rzuciłem się w jej stronę, wstawiłem do środka torbę, po czym po­mogłem kobiecie wejść po schodach i usiąść.
- Merci, monsieur! — dziękowała z życzliwym uśmiechem siwowłosa dama. - Vous êtes très gentil. Merci!
- A votre service, Madame - odparłem, pochylając z szacunkiem głowę, i powróciłem na swe miejsce przy oknie.

Miałem nadzieję, że dałem dziewczynie wystarczająco dużo czasu i że wykorzystała go odpowiednio. Tkwiła w niezmienionej pozycji, a na jej ustach wciąż błąkał się ten sam pogodny uśmiech. Dalej też wpatrywała się w szybę, ale było to spojrzenie niewidzące, skupione nie na wędrujących za oknem obrazach, lecz w głębi umysłu, a może raczej - tak bym wolał - serca? Zrozumiałem, że to wypróbowywanie mej wierności, szukanie potwierdzenia, że mój wzrok nie kłamie - i tym bardziej kąpałem ją w spojrzeniach gorących jak krople Zeusowego deszczu. Nagle przestała przyglądać się ulicy, zerknęła na zegarek i znienacka błyskawicznie rzuciła na mnie okiem, ale nisko, po nogach, aby nie narazić się na wymianę spojrzeń, która widocznie wciąż jeszcze była dla niej krępująca. Zresztą, aby się upewnić, iż nie odrywam od niej oczu, nie musiała wcale krzyżować ze mną wzroku. Byłem przekonany, że tajemny zmysł, w jaki wyposaża śmiertelników wszechpotężny Eros, nie zostawiał jej co do tego najmniejszych wątpliwości.

Posiadłszy dowód, że moje zainteresowanie nie osłabło, zaczęła poprawiać włosy, rozglądać się po autobusie, z jednego ramienia na drugie przewieszać torebkę. Ten zalotny walc, walc pośród stojących wokół obcych ludzi, lecz wykonywany tylko dla mnie, sprawił mi więcej radości, niźli mógłby dać normalny taniec, podczas którego piękna nieznajoma naprawdę znalazłaby się w mych ramionach. Ogarnęły mnie jednocześnie szczęście i niepokój. Przesłana bez użycia słów miłosna deklaracja została co prawda przyjęta, lecz trzeba było jeszcze zaczekać na najważniejsze - na odpowiedź. Z pełną niecierpliwości trwogą oczekiwałem na korzystny wyrok, tymczasem dziewczyna nie spieszyła się wcale z jego ogłoszeniem, jakby celowo chciała podsycić mą niepewność. Czyżby była to słodka zemsta za torturę, której poddałem ją w początkowej fazie naszego „romansu"? A może po prostu wciąż się bała mi zaufać? Bo niby skąd mogła mieć pewność, że szukam miłości, a nie jednonocnej przygody lub wakacyjnego flirtu bez żadnych zobowiązań? Rozumiałem zatem doskonale jej przeciągające się wahanie i wytrwale czekałem. I oto, kiedy moja cierpliwość była u kresu wytrzymałości, kiedy aż gotowało się już we mnie z zaciekawienia, co odpowie, nastąpił wreszcie upragniony cud - obejrzała się, a jej roziskrzone oczy, przepełnione na równi niedowierzaniem i nadzieją, oddały się mym oczom - i to z taką mocą i ufnością, że aż zadrżałem zaskoczony, iż jednak udało mi się postawić na swoim.

Teraz zostawało tylko podejść, przedstawić się i zaproponować pójście na spacer lub na kawę. Ale nie spieszyłem się z tym ostatnim krokiem, choć kolejne spojrzenia dziewczyny wyraźnie do niego zapraszały. Chciałem nasycić się jeszcze owym cudownym momentem, kiedy wiemy już, że wygraliśmy swoje szczęście, lecz odwlekamy jego urzeczywistnienie, aby zasmakowało nam w dwójnasób. Tymczasem dziewczyna zerkała na mnie coraz śmielej, wzywając do zakończenia wreszcie tej rozmowy oczu. Przestraszyłem się, że może zbliża się jej przystanek i zaraz będzie musiała wysiąść. Ruszyłem wreszcie do przodu, kołysząc się na boki w takt falowania autobusu. W tym momencie pojazd ponownie zarzucił na zakręcie; mimo woli mój wzrok padł za okno i tam, jak na złość, zderzyły się z nastolatką, ubraną dość awangardowo w skąpy, wyszywany cekinami stanik i króciutką miniówkę, niemal odsłaniająca pulchniutkie pośladki. Smarkula dosłownie mignęła i znikła w bramie - mignęła tak szybko, że moje spojrzenie ledwie zdążyło za nią pobiec, prześliznąć się po jej sylwetce i stwierdzić, iż jest niczego sobie; lecz kiedy wróciło, tamte ciemne oczy, dopiero co ufne, już prawie rozkochane, odwróciły się ode mnie z rozczarowaniem i znów uparcie zaczęły patrzeć w szybę - dumnie, obojętnie, znad wygiętej w pogardzie wargi. Choć do Trocadéro zostało jeszcze trochę drogi, wysiadłem na najbliższym przystanku i ruszyłem dalej piechotą, wściekły na siebie jak chyba nigdy dotąd.

Kalisz 1999-Stuttgart 2000


Część 1. Oczy czarne
Rozmowa z Arkadiuszem Pacholskim, część I
Część 2. Katedra Świętego Mikołaja
Rozmowa z Arkadiuszem Pacholskim, część II

Część 3. Kufer pewnej wygnanki
Rozmowa z Arkadiuszem Pacholskim, część III
Część 4. Krajobraz z czerwonym słońcem
Rozmowa z Arkadiuszem Pacholskim, część IV
Część 5. Domowe zapasy
Rozmowa z Arkadiuszem Pacholskim, część V

Dodaj do:

nasza-klasa.pl    Digg    twitter    Facebook    Wykop    Gwar

Dodaj komentarz

Komentarze użytkowników portalu są ich osobistymi opiniami i świadczą jedynie o mądrości lub głupocie wprowadzających je osób. Dziennik Wielkopolski nie ponosi za nie jakiejkolwiek odpowiedzialności.

Dziennik Wielkopolski nie chce usuwać żadnych z komentarzy zamieszczonych przez czytelników, ale daje sobie prawo i obowiązek do takiego zachowania, jeśli komentarze będą obraźliwe lub będą propagować przemoc - szczególnie jeśli będą łamać prawo.

Niestosowne też jest umieszczanie jakiejkolwiek reklamy w treści komentarzy. DW będzie takie wpisy usuwać.

Kod antysapmowy
Odśwież

Konkursy

  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10

Czytelnicy piszą

  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Reklama

Dziewczyny Pd. Wielkopolski

Galerie

Reklama

Kalendarium

18/5/1908 - Zostało założone w Kaliszu Polskie Stowarzyszenie Równouprawnienia Kobiet

18/5/1899 - Urodził się w Kaliszu Witold Jarnutowski, działacz sportowy założyciel klubu „Prosna Kalisz”; współzałożyciel Stowarzyszenia Wychowanków Gimnazjum i Liceum im. Adama Asnyka w Kaliszu

18/5/1877 - Usankcjonowano w Kaliszu działalność Ochotniczej Straży Pożarnej

18/5/1829 - Urodził się w Bralinie Jan Dirbach mł., poeta, pedagog

18/5/1592 - Król Zygmunt III Waza powtórzył i potwierdził artykuły cechu piwowarów kaliskich

Zobacz wszystkie wydarzenia.
Naszą witrynę przegląda teraz 117 gości